04. If I fell

czwartek, 22.marca.2012, 13:28

Musiał działać szybko. Przestał racjonalnie myśleć. Rozejrzał się gorączkowo wokół, po czym w ostatnim momencie schował się za krzakami. Upewnił się, że nikt go nie widzi i lekko wyjrzał zza maleńkich listków, chcąc przekonać się, komu przeszkodził we śnie. Nie potrafił ujrzeć twarzy osoby, jednak po chwili przekonał się, że była to płeć żeńska.
- Kto to, u licha? – powiedziała sama do siebie Asheara. Była bardzo zaspana. Przecierała oczy, by lepiej widzieć w ciemności. Anakinowi serce szybciej zabiło.  Ach, jakże przyjemnie było widzieć jej twarzyczkę! Przebywając w Liverpoolu, myślał o niej cały czas i pragnął powrócić tu – na te londyńskie przedmieścia, by znów ją ujrzeć. Poruszony jej widokiem, długo się w nią tak wpatrywał, kiedy uparcie rozglądała się po ulicy, wystając z okna. Dopiero, kiedy miała już zamykać drzwiczki, oprzytomniał i wyskoczył zza krzaków, sprawiając, że dziewczyna przestraszyła się. Przez chwilę nie potrafiła go rozpoznać – obserwowała go uważnie parę sekund – aż nie dotarło do niej, któż taki przybył do niej w środku nocy. Najpierw się zdziwiła, a potem przeraziła jego obecnością. Poczuła, jak serce szybko jej bije.
- Anakin?! – wyszeptała, wychylając się coraz bardziej. Młodzieniec szczęśliwy uśmiechnął się, podchodząc bliżej domu. Patrzył się wysoko do góry – gdyby tylko mógł, wdrapałby się na jej piętro jak Romeo, ale niestety, nie należał do aż takich, jego zdaniem „beznadziejnych romantyków”. Odwzajemniła uśmiech, marszcząc zaciekawiona brwi. – Co tu robisz o tak późnej porze? – dodała za chwilę.
- Wróciłem do Londynu, a że cierpię czasami na bezsenność, uznałem egoistycznie, że mógłbym do ciebie zawitać – odpowiedział, starając się być niezbyt głośno. Dziewczyna spojrzała się za siebie i przez chwilę nasłuchiwała, czy aby matka lub ojciec się nie obudzili.
- Tak bardzo chciałabym do ciebie wyjść, ale boję się, że to się źle skończy… - westchnęła, patrząc w jego granatowe teraz oczy.
- Nie możesz? Nawet na chwilę? Chyba się nie zorientują? – zaczął ją namawiać. Tak bardzo, bardzo chciał ujrzeć ją z bliska – i chwycić chociaż na chwilę jej dłoń. Asheara zaczęła się zastanawiać. Widać było, że aż rwała się do tego, by zbiec na dół w tą ciepłą noc. Bijące szybko serce zakłócało jej myśli. Nie wiedziała, co począć. Zacisnęła oczy i uśmiechnęła się, po czym ku zdziwieniu młodzieńca, zamknęła okiennice i zasunęła firanki. Nie wiedział, dlaczego to zrobiła. A potem dotarło to do niego – spławiła go w tak okrutny sposób, bez słowa. Patrzył z niedowierzaniem na okno, a dopiero potem sięgnął po przedostatniego papierosa z paczki i odpalił go. Zdenerwowany odwrócił się i zaczął odchodzić. Nigdy nie poczuł się tak zawiedziony i wściekły, jak w tej chwili. Zastanawiał się, co takiego zrobił źle. Czuł bezsilność. Zaciągał się papierosem szybko i mocno, czując, jak okropny dym-zabójca wpada do jego płuc. Przyspieszył kroku, nie chciał się nawet odwracać, by spojrzeć na jej dom. Gdyby tylko miał siły, zaczął by biec tak szybko, jak tylko umiał – ale rozpacz robiła się coraz większa.
- Gdzie uciekasz? – usłyszał. Nie był pewien, czy to wytwór jego wyobraźni, czy jej głos naprawdę go wołał. Zwolnił kroku, aż nie zatrzymał się. Ciche kroki zbliżały się do niego, a na jego twarzy powoli zagościł uśmiech tryumfującego i szczęśliwego człowieka. Obrócił się w jej stronę. Nawet się nie przebrała. Wciąż miała na sobie białą koszulę nocną do kolan, nałożyła tylko sweterek, by nie było jej zimno.
- Myślałem, że nie chcesz mnie widzieć – odpowiedział. Zaśmiała się cicho i uroczo.
- Och, Annie, proszę cię! – odrzekła wesoło, a on spojrzał zaskoczony i jednocześnie zachwycony tym, jak go nazwała. Annie. Annie. Annie. Jego oczy zabłysły.
- Miło słyszeć takie słowa – odpowiedział, teraz wbijając wzrok w chodnik. Wsadził ręce do kieszeni, mając ochotę na kolejnego już papierosa, ale powstrzymywał się. Skupił się tylko i wyłącznie na obecności Asheary, która zaczęła lekko drżeć z zimna. Zareagował natychmiast, lecz w porę przypomniał sobie, że on również nie ma kurtki.
- Jedyne, co nam pozostaje, to przytulić się do siebie – zagaił śmiało. Dziewczyna rzuciła mu zaskoczone, ale w miłym znaczeniu, spojrzenie. Próbowała się nie uśmiechać… Ale to było silniejsze od niej. Bez słowa przybliżyła się, a po chwili jego ramiona objęły ją mocno w talii. Szli wolnym krokiem cichą i pustą ulicą. Asheara gorączkowo wręcz zastanawiała się, jak skończy się ten początkowo niewinny spacer. Nie dowierzała wciąż, że udało jej się wymknąć z domu i nie obudzić rodziców… Jednak wiedziała, że nie mogłoby to trwać wiecznie. Myśli zagłuszyło szybkie bicie serca, które słyszała także pod skórą Anakina. Wtulona policzkiem w jego tors nasłuchiwała, a zaraz potem dotarły do niej te tak nadzwyczaj proste słowa piosenki, wyśpiewywane przez McCartneya i Lennona, teraz jednak mające dla niej tak kluczowe i nieodwracalne znaczenie.


If I fell in love with you
Would you promise to be true
And help me understand
'cause I've been in love before
And I found that love was more
Than just holding hands

Strzeliło to w nią jak piorun i poraziło ją z siłą kilkukrotnie większą, chociaż nie dała po sobie tego poznać. W środku jednak działy się rzeczy, które Anakin tak pragnął, by się zadziały, by odwzajemniła uczucie.
- If I fell… ­- zaczęła śpiewać, ale nie dokończyła wersu, w obawie, że się zdemaskuje. Jej policzki zostały zalane lekko różowym rumieńcem, na szczęście nie widoczny teraz w słabym świetle latarni.
- Mówiłaś coś? – zapytał, niepewien, czy mu się przesłyszało. Speszona pokręciła przecząco głową i zerknęła na niego.
- Więc, lubisz Beatlesów? – dodał zaraz. Dziewczyna była zszokowana. Skąd mógł wiedzieć? Szeroko otworzyła oczy, patrząc na niego z podejrzliwym uśmiechem.
- Skąd ty to wszystko wiesz? – zapytała cicho.
- Myślisz, że istnieje ktokolwiek, kto ich nie lubi? Nawet ja tak trochę.. Przepadam za nimi – odpowiedział, patrząc przed siebie. Uśmiechnął się pod nosem.
- Oj, mylisz się. Moi rodzice ich nie cierpią. Uważają, że to demoralizujący zespół. Po prostu samo zło, ot co. Bardzo mi przykro, że skoro moi rodzice nie lubią takiej muzyki, to ja automatycznie także. To nie jest miłe. Nie pozwalają mi iść na ich koncert, bo boją się, że będę jak te dziewczęta w telewizji. Ale kto by tak nie reagował? Chyba bym oszalała! – odrzekła i ciężko westchnęła, rozmarzonym wzrokiem spoglądając w gwiazdy. Anakin zastanawiał się, o czym teraz myślała. Zapewne o „słodkim McCartneyu”. Wywrócił dramatycznie oczami, ale nic nie powiedział.
Zaczęło być zimno. Dostał gęsiej skórki, ale nie drżał z zimna. Przyzwyczajony był do takich temperatur. Dziewczyna opatuliła się mocniej jego kurtką, dyskretnie wdychając jej zapach. Objął ją nieco mocniej, pozwalając, by oparła lekko głowę o jego ramię. Zmierzali przed siebie, nawet nie patrzyli na to, gdzie idą. Kiedy oparła głowę, zatrzymali się. Anakin pochylił się, będąc tak blisko jej twarzy. Przecież to za szybko, wszystko dzieje się nie tak, jak powinno. Przybliżał się… Kompletnie tracąc rozum i zdrowy rozsądek.
- Muszę już iść – wyszeptała widząc, co się święci. Przestraszyła się tak szybkiego ruchu z jego strony. Cała wręcz zadygotała i obróciła głowę cała zawstydzona. Pokiwał głową, szybko się odsuwając. Wziął nawet swoją rękę z jej pleców. Poczuł się beznadziejnie.
- Odprowadzę cię – rzekł zły na siebie. Pokiwała głową. Wracali jakoś tak szybciej i w kompletnej ciszy. Nogi Anakina poruszały się tak szybko, że dziewczyna ledwo mogła za nim nadążyć. Zwolnił dopiero wtedy, kiedy zobaczył czerwony dach jej domu. Ona lekko zdyszana podeszła i zatrzymała go. Spojrzała na niego.
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś mnie odwiedzisz o tej porze – wyszeptała. Uśmiechnęła się do niego, powodując u niego to samo. Zdjęła kurtkę z nagich ramion. Kiedy młodzieniec je ujrzał, poczuł, że mu gorąco. Chwycił kurtkę z jej drobnych dłoni – zapewne przesiąknięta była już jej zapachem. Spojrzał jej w oczy, lecz po chwili je zamknął, kiedy to śliczna Asheara ucałowała go długo i czule w policzek.
- Dobranoc – powiedziała i odbiegła. Najciszej, jak tylko umiała weszła do domu, modląc się, by nikogo nie zbudzić. Anakin stał i patrzył na dom dopóty, dopóki ukochana nie pomachała mu z okna z szerokim uśmiechem, który niestety nie dał mu zasnąć tej nocy. Odszedł po chwili, dzierżąc mocno w ręce swoją skórzaną kurtkę. Czuł te słodkie perfumy. Wracał powoli, spokojnie, zadowolony jednak z tej krótkiej „randki”. Uśmiechał się sam do siebie.


Now it's time to say good night
Good night, Sleep tight 
Now the sun turns out his light 
Good night, Sleep tight 


Dream sweet dreams for me.



Dream sweet dreams for you.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

03. I want to hold your hand

poniedziałek, 27.lutego.2012, 20:43

Yeah, you've got that something,
I think you'll understand.
When I'll say that something
I want to hold your hand,
I want to hold your hand,
I want to hold your hand.


Wielkanoc dobiegła końca i trzeba było już iść do szkoły. Pogoda dopisywała cały tydzień, a nawet i po przerwie świątecznej. Nikomu nie chciało się wracać do nauki, ale niestety trzeba było. Był wieczór przed poniedziałkiem. Asheara pakowała swoją torbę. Wkładała zeszyty i książki. Westchnęła. W jej pokoju, jak i w całym domu panowała cisza. Jedynie z kuchni dało się słyszeć jakąś rozmowę, prawdopodobnie rodziców. Dziewczyna nie miała ochoty iść do szkoły. Jedyne, co w jutrzejszym dniu wydawało jej się podnoszące na duchu to była myśl, że spotka się z przyjaciółką.
Tak więc następnego ranka wyszła z domu kilkanaście minut przed ósmą. Poranek był leniwy i rozkosznie wiosenny, jedyna myśl, która psuła tą cudowną aurę, to była właśnie szkoła. Ale przecież nie może być tak źle. Asheara była optymistką i uważała, że może być tylko lepiej.
Lekcje mijały wolno, ale nie były złe. Luźna atmosfera sprawiła, że dało się znieść te parę godzin w szkole, aż do ostatniego już dzwonka. Ash musiała szybko iść do domu. Nie mogła dziś nigdzie wychodzić, ponieważ jej rodzice zaplanowali sobie wyjście, tak więc była jedyną osobą, która mogła zająć się małą siostrzyczką (brat był nieodpowiedzialny i nie potrafił opiekować się dziećmi). Anya poszła szybciej, żegnając się z Ashearą przed wejściem do toalety, gdzie dziewczyna musiała na chwilę się zatrzymać w wiadomym celu. Po paru minutach wyszła na świeże powietrze z lekkim uśmiechem. Dość już miała tego budynku. Słońce przyjemnie grzało w jej twarz (uwielbiała gorące promienie) kiedy szła wzdłuż boiska należącego do szkoły.  Rozmyślała o swoim życiu. Tyle myśli kłębiło się w jej głowie, mieszało ze sobą i nie dawało spokoju. Nacisk rodziców powodował, że czasem Asheara czuła się jak bomba mająca wybuchnąć lada moment. Tak naprawdę tylko muzyka, muzyka Beatlesów potrafiła uwolnić ją chociaż na parę chwil z tego całego zgiełku. Pozwalała jej odpocząć. Zaplątana tak w tych wątpliwościach, zapominając o nieznośnym ciężarze szkolnej walizki, poczuła, jak skórzany materiał rozrywa się, a na chodnik wypadają wszystkie jej książki.
- Och, nie, nie, nie! – rzekła załamana sama do siebie, łapiąc się za głowę. Do domu pozostał jeszcze dość spory kawałek drogi, a książki są tak ciężkie! Ale co innego mogła robić, niż nieść taki stos w swoich rękach? Westchnęła ciężko i zaczęła je zbierać, z lekką złością spoglądając na walizkę stojącą obok. Była teraz zła na siebie, na torbę, na szkołę i na książki, z których tak naprawdę nie korzystała na lekcjach, a musiała tachać je wszystkie. Uzbierała je w kupę po czym wzięła na ręce. Wyprostowała się i wtedy usłyszała:
- Może pomóc?
Znała skądś ten głos. Należał do młodego mężczyzny. Odwróciła się na pięcie, nadal w pochmurnym nastroju. Nieznany jej z imienia młodzieniec stał parę kroków dalej z papierosem w dłoni i nonszalanckim uśmiechem na twarzy. Jego oczy były tak błękitne jak niebo w tym momencie. Oczywiście, że go pamiętała. To on prawie wpadł pod samochód jej ojca, kiedy wracali z zakupów.
- Śledzisz mnie? – zapytała i zaraz pożałowała swych słów. Zabrzmiało to z jakiejś taniej komedii romantycznej, które jednak uwielbiała oglądać. Wysoki chłopak krótko się zaśmiał, kręcąc przecząco głową.
- Nie, mieszkam niedaleko… Wracałem z pracy… Cóż, masz nietypowy kolor włosów, więc poznałem cię, kiedy zbierałaś swoje książki… Ashearo – odrzekł i zaciągnął się dymem z papierosa. Dziewczyna zacisnęła krótko wargi.
- Torba mi się rozerwała…
- Dlatego też miałem nadzieję, że pozwolisz sobie pomóc. Muszę się jakoś odwdzięczyć za uratowanie mnie przed twoim tatą – teraz ona dołączyła się do śmiechu. Pokiwała głową, a on podszedł i chwycił książki. Ash lekko się zarumieniła, kiedy mogła iść obok kogoś takiego jak on.
- Jak masz w ogóle na imię? – zagadała go po chwili ciszy. Spojrzała na niego, a on na nią.
- Anakin. Anakin Skywalker – odpowiedział. Ash pokiwała głową, patrząc przed siebie.
- Mój tata nie wspominał ciebie zbyt dobrze – zaczęła z uśmiechem – Niezłego stracha mu napędziłeś.
- Nie dziwię mu się, Ashearo. Też byłbym zły na takiego… Jak by siebie określić… Idiotę! Tak, idiota to dobre słowo.  – obydwoje znowu się zaśmiali i spojrzeli na siebie.
- Nie musisz mnie odprowadzać pod sam dom, przecież to dość daleko – zauważyła dziewczyna, chociaż tak naprawdę, chciała, by towarzyszył jej do końca spaceru. On jakby wyczytał to z jej myśli.
- Daj spokój, przecież to cholernie ciężkie. Odstawię cię pod same drzwi i szybko zniknę, żeby twój ojciec mnie nie zobaczył.
- No dobrze – znów sprawił, że się uśmiechnęła. Przez chwilę trwała cisza, aż nie zapytała: - A gdzie pracujesz?
- Hmm… - zauważyła zastanowienie i lekkie zniecierpliwienie, jakby wolał nie odpowiadać na to pytanie – Powiedzmy, że… Pomagam ludziom – odpowiedział tajemniczo. Podrapał się po głowie, co symbolizowało zmieszanie. Czyżby wstydził się swojej pracy? Ash uważnie obserwowała jego reakcję i postanowiła chwilę później, że nie będzie dalej drążyć tego tematu.
- Szkoła, do której chodzisz jest muzyczna, czyż nie? – przerwał ciszę Anakin. Obydwoje zatrzymali się na przejściu dla pieszych, ponieważ zapaliło się akurat czerwone światło. Pokiwała głową, patrząc na czarno białe pasy na jezdni.
- Gram na pianinie – odrzekła. – I robię różne inne rzeczy… - dodała, naśladując Anakina sprzed paru minut, kiedy mówił o swojej pracy. Po raz kolejny go rozbawiła i sprawiła, że długo patrzył na jej twarz. Otrząsnął się, gdy lekko speszona zwróciła uwagę na to, że pojawiło się zielone światło. Ruszyli przed siebie. Ku zaskoczeniu Anakina, jej dom był tuż za rogiem, który minęli, ciągle rozmawiając. Ash zatrzymała się i stanęła naprzeciwko młodzieńca.
- Dziękuję ci za tą przysługę – rzekła, z głową zwróconą w górę, by dobrze go widzieć. On zaś patrzył w dół, na nią. Oddał jej książki z uśmiechem.
- Mam okropną i głupią nadzieję, że jeszcze nie raz będę potrzebny w takiej albo innej sytuacji. – odpowiedział. „Nadzieja matką głupich”, dodał sobie w myślach.
- Ja też mam taką nadzieję… A więc, do zobaczenia! – uśmiechając się, zaczęła się cofać, aż w końcu obróciła się, otworzyła drzwi i sekundę później zniknęła za nimi, nawet nie patrząc za siebie.
- Mamo, jestem w domu! – usłyszał jeszcze jej krzyk w korytarzu, po czym postanowił ulotnić się jak najszybciej.


*


Przez kilkanaście długich następnych dni Asheara nie widziała Anakina na oczy. Często wracając ze szkoły sprawdzała, czy jej naprawiona torba aby na pewno jest dobrze zaszyta, a potem ciężko wzdychając rozglądała się, szukając tej wysokiej, męskiej sylwetki. Dlaczego tak za nim tęskniła? Kim on był, tak wojując w jej umyśle? To absurdalne, prawie go nie znała. A mimo to na samo wspomnienie jego błękitnych oczu, czuła dziwną pustkę w sercu, że jego nie ma obok. Zastanawiała się, czy jeszcze kiedykolwiek go ujrzy i gdzie on teraz przebywa. Nawet patrząc na plakat z Beatlesami, McCartney nie wydał jej się tak przystojny jak Anakin. Zaśmiała się sama do siebie – nigdy nie była równie głupia i nieodpowiedzialna w tych sprawach. Nie chciała nawet myśleć, co powiedziałby ojciec, gdyby dowiedział się, kto podoba się jego córeczce.
A gdzie przebywał wyżej wymieniony panicz? Wyjechał z Londynu do Liverpoolu, w sprawie swojej pracy-o-której-nikt-nie-może-wiedzieć. Nikt tak naprawdę nie miał pojęcia, co też ten Anakin robi zawodowo. Czy był sprzedawcą narkotyków? A może był kryminalistą, który ucieka przed policją? Co takiego miał na myśli, mówiąc „pomagam ludziom?” Nawet nie miał pojęcia, jak, mówiąc to, dawał wielu ludziom różne dziwne hipotezy, nie zawsze przychylne, nawet w takich sprawach. Czy nielegalnie sprowadzał różne dziwne rzeczy z Ameryki? Dlaczego pojechał aż do Liverpoolu i nie wykonał chociażby jednego telefonu do dziewczyny, na której mu zależało? (Mimo, iż nie znał numeru. Ale zawsze można go poszukać w spisie, czyż nie?) Bił się z myślami, czy wypada w ogóle się odzywać, ale zawsze wszystko kończyło się kompletnym fiaskiem - czyli upiciem w portowym barze.
Ale w końcu wrócił z kilkudniowej wyprawy i pierwsze co zrobił – nie zważając na bardzo późną noc – to pobiegł prosto pod dom nastolatki. Nie miał pojęcia, dlaczego aż tak serce go tam rwało. Kiedy wracał do miasta busem, jedyne, o czym myślał, to Asheara i teraz, pędząc ile sił w nogach, po prostu wiedział, że musi ją zobaczyć. Skręcił za rogiem i zatrzymał się. Upewniwszy się, że to jej dom, zaczął zastanawiać się, które okno należy do jej pokoju. Serce waliło mu w piersi. Otarł wilgotne czoło dłonią, po czym podniósł mały kamyk, który był elementem ozdobienia jednego z wielu klombów w tym ogródku. Jego oczy błądziły od jednego okna do drugiego. Zastanawiał się gorączkowo, gdzie ma rzucić. Ale zaraz potem przestał myśleć, a jego ręka sama wycelowała w okno po lewej. Rzucił i dopiero, kiedy kamyk zaczął lecieć, dwie rzeczy targnęły w jego głowę:


1) kamyk może zbić szybę.
2) właśnie w tym oknie mogą spać jej rodzice.


Spanikowany, nie wiedział, co zaraz może się wydarzyć. Był wprost przerażony. Rzadko mu się zdarzało być tak przestraszonym. Zastanawiał się, co ma ze sobą zrobić. Wpatrzony szeroko rozwartymi oczami oczekiwał. Nagle zauważył, że rozsuwają się firanki, a potem jakaś postać w ciemności – nie potrafił określić czy to kobieta, czy mężczyzna – otwiera okno.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Kicz. Ale ja lubię kicz.

***

I get by with a little help from my friends
I get high with a little help from my friends
Gonna try with a little help from my friends”


 


Przez kilka następnych dni pogoda nie zmieniała się. Było ciepło, świeciło słońce, wszystko kwitło, a zielenią pokryty był dosłownie cały Londyn. Także świadomość, że dzięki Wielkanocy kilka dni było wolnych od szkoły, napawała szczęściem nie tylko młodą Ashearę, ale także wszystkich, którzy musieli uczęszczać na lekcje.
Dziewczyna ubierała się właśnie, by móc zejść na śniadanie. Rodzice nie tolerowali chodzenia cały dzień w pidżamie. To było czymś nie do pomyślenia, zatem Ash kończyła właśnie pleść warkocza, kiedy matka zawołała ją na posiłek. Ash odeszła od toaletki i wybiegła ze swojego pokoju w letniej sukience oraz sweterku. Rodzina już siedziała przy stole. Jej mała siostrzyczka Carmen na kolanach matki, ojciec obok, a starszy brat Geralt z nieco ponurą miną wpychał w siebie tak ukochaną przez rodziców owsiankę.
- Dzień dobry – odezwała się cicho Asheara, siadając między matką a bratem. Nalała sobie herbaty z dzbanka i posmarowała chleb masłem.
- Co dziś będziesz robić Ashearo? – zapytał ojciec, któremu na imię było Peter.
- Pójdę do Anyi – odrzekła nie spojrzawszy nawet na tatę. Nadal było jej przykro za to, że nie chciał puścić jej na koncert. Mężczyzna chwilę patrzył się na jej twarz, po czym cicho westchnął.
- Dobrze, ale wróć na obiad. Dam ci parę funtów, byś mogła kupić sobie lody.
Asheara pokiwała głową, patrząc w końcu w oczy ojca. Krótko się uśmiechnęła. Skończyła jeść, dopiła herbatę i wyszła z domu, w końcu czując trochę swobody. Spacerowała spokojnie chodnikiem wzdłuż zadbanych, takich samych domów. Miała spotkać się ze swoją najbliższą przyjaciółką Anyą w parku. Znały się od dziecka, dzięki temu, że ich rodziny się przyjaźnią, ale Anya była starsza o dwa lata. Teraz mieszkały parę przecznic od siebie, ponieważ parę lat temu Anya musiała się przeprowadzić, ale znajomość pozostała nierozerwalna. Po drodze zauważyła jadącego na rowerze młodego gazeciarza, który uśmiechnął się do niej, puszczając oczko. Odwzajemniła uśmiech, lekko się rumieniąc. W końcu doszła do parku, który nie był tak pusty, mimo wczesnej pory dnia. Pełno rodzin przybyło na pobliski plac zabaw, teraz tak pełen dzieci biegających wokół, huśtających się i zjeżdżających ze śmiechem po zjeżdżalni. Asheara szła dalej, w oddali widząc już miedzianowłosą Anyę. Przyspieszyła kroku, a kiedy dotarła do przyjaciółki, mocno ją przytuliła.
- Cześć moja droga! – odezwała się z pogodnym uśmiechem, pod którym ukrywała wczorajszy smutek.
- Witaj, Ashearo. Jak dzisiaj pięknie. Dlaczego nie odbierałaś telefonu kilka dni temu? Martwiłam się. Musimy porozmawiać, bo widzę, że coś cię trapi – odpowiedziała. Ash westchnęła. Poprosiła, by usiadły na ławce stojącej nieopodal.
- Rodzice znowu gadają, że nie mogę iść na koncert. Nigdy nie zobaczę Beatlesów! Nigdy! – rzekła załamana. Wpatrywała się w chodnik smutnymi oczami.
- Jesteśmy w tej samej sytuacji, bo jeśli ty nie możesz iść, to i mnie rodzice nie puszczą – odezwała się Anya. Położyła rękę na ramieniu białowłosej, po czym uśmiechnęła się ze spokojem.
- No to trochę lepiej, wiedzieć, że nie jest się samym z tak beznadziejną sytuacją. Kiedy transmitują ich koncert, chciałabym być wtedy jedną z tych szczęśliwych dziewcząt stojących w pierwszym tłumie. Ale oczywiście nie krzyczałabym tak szaleńczo. – zaśmiały się krótko.
- Na pewno da się coś wymyślić. Nie tkwimy w totalnym bagnie.  Na wszystko znajdzie się rozwiązanie! Z małą pomocą przyjaciół wszystko jest łatwiejsze.


Asheara pokiwała głową, z lekkim uśmiechem przyznając jej rację. Samemu jest trudniej, ale z drugą osobą przy boku – życie wydaje się minimalnie prostsze.
- Więc, jaki masz pomysł?
- Możemy popytać znajomych. A oni popytają swoich znajomych, a ci następni następnych. Może uda nam się we dwójkę wymknąć na któryś z koncertów? Kto wie? Byłoby wspaniale. Ale teraz trzeba poszperać, bo może jest ktoś, kto załatwiłby nam bilety o wiele taniej, a nawet i za darmo. Nie jestem pewna, czy w naszej szkole są ludzie takiego pokroju, ale zawsze warto spróbować. Prawda?
Asheara kiwała głową. Nie mogła się z nią nie zgodzić. Od czegoś trzeba zacząć. Była gotowa zrobić wszystko, by zobaczyć Chłopców z Liverpoolu. Jej marzenie, jeszcze dzisiejszego ranka tak odległe, mogło się spełnić, jeśli tylko tego pragnęła.
Wkrótce przyjaciółki rozstały się, umawiając się, że zdzwonią się nazajutrz. Asheara wracała pełna nadziei na obiad. Nawet nie się nie obejrzała, a już znalazła się w domu. Przez całą drogę myślała o swoim marzeniu. Wiedziała, że dla zwykłego człowieka koncert Beatlesów jest czymś niewartym uwagi. Czymś można by rzec absurdalnie nieważnym. Jak coś takiego może wzbudzać aż tak wielkie emocje? Dla jej rodziców to była jedna z tych nastoletnich, szaleńczych głupot, które mijają wraz z dorastaniem. Przecież taka siedemnastoletnia dziewczyna jak Asheara powinna myśleć o nauce i studiach, a nie o „marnym” zespole, w którym według nich śmiesznie wyglądający, młodzi mężczyźni śpiewają piosenki o miłości przy rockandrollowej muzyce i pisku fanek.
Przy stole dziewczyna była zamyślona. Zjadła posiłek szybko i zniknęła w swoim pokoju na resztę dnia. Gramofon znów zaczął głośno grać tą nieznośną dla matki i ojca muzykę. Dziewczyna wyszła się tylko umyć, a potem leżała długo w łóżku, wpatrując się w jasny księżyc na niebie. Myślała o Paulu McCartneyu. Zastanawiała się, czy zwróciłby uwagę na taką dziewczynę, jak ona. Zapewne nie spodobałyby mu się jej białe włosy i ciemna karnacja. Marzyła o nim. Oczy robiły się coraz senne. Tak strasznie pragnęła, by napisał dla niej piosenkę i śpiewał ją przed całym światem. By w końcu ją odnalazł i pokochał. Powieki lekko się osunęły. Tak pragnęła, by…


*


I've just seen a face,
I can't forget the time or place 
Where we just meet. 
She's just the girl for me 
And want all the world to see 
We've met, mmmm, mmmm”


Następnego dnia Asheara obudzona przez ojca szybko się uszykowała, zjadła śniadanie i pojechała z nim na zakupy. To był pewnego rodzaju zwyczaj, ponieważ Geraltowi nie uśmiechało się jeździć z ojcem, a matka zostawała z najmłodszym dzieckiem. To Ash się najlepiej dogadywała z tatą. Tak więc obydwoje gotowi zajęli miejsca w pięknym, połyskującym samochodzie i ruszyli. Rankiem ulice nie były aż tak zapełnione ludźmi. Przez otwarte okna powiewał orzeźwiający wiatr. Niebo znów było bezchmurne, z zawieszonym wysoko słońcem, które zapowiadało kolejny udany dzień.
Najpierw zajechali na rynek, gdzie kupili warzywa, owoce i różne inne rzeczy. Ojciec nie lubił wybierać tego typu rzeczy w supermarketach, gdyż uważał, że są po prostu popsute i obrzydliwe. Reszta rodziny podzielała jego zdanie. Następnie wstąpili do wcześniej wspomnianego marketu, gdzie kupili resztę rzeczy. Wszystko to trwało około dwóch godzin. Tata pozwolił Ashearze wybrać sobie i rodzeństwu coś słodkiego, jak zawsze. Jak co tydzień.
Wracali do domu w dobrych humorach, rozmawiając, śmiejąc się i słuchając głośno radia. W rozgłośni puszczono właśnie „Jailhouse Rock” Presleya. Obydwoje znali tekst na pamięć. Śpiewali jak szaleni, zwracając czasem uwagę przechodniów, kiedy stali na światłach. Peter i Asheara zachowywali się zupełnie inaczej, kiedy byli sami. Czuli się bardziej swobodnie, nie tak związani jak w domu, w ciągu tych sztywnych reguł, które dyktowała matka. Ash odpakowała sobie lizaka i za chwilę włożyła do ust. Elvis skończył śpiewać, ustępując miejsca jakiemuś nowemu zespołowi. Ojciec i córka przestali rozmawiać. Między nimi zapadła cisza, ale jakoś im to nie przeszkadzało. Mężczyzna zamyślony wpatrywał się rzekomo przed siebie, lecz tymi rozmarzonymi teraz oczami nie zauważył, że gdyby nie jego szybki refleks, przejechałby jakiegoś człowieka, który nieumyślnie wbiegł na drogę. Auto zatrzymało się gwałtownie z piskiem opon. Peter był człowiekiem z temperamentem, wybuchowym i nagłym. Obydwoje przerazili się tym, co mogłoby się stać. Białowłosa pisnęła rozpaczliwie. W przypływie emocji mężczyzna nie szczędził słów pod adresem wysokiego, przystojnego młodzieńca, który lekko rozszerzając błękitne oczy próbował uspokoić ojca. Ten wyszedł z auta na środku ulicy i zaczął na niego krzyczeć, bluzgać i tak dalej. Chłopak wydawał się być przestraszony i zdziwiony zaistniałą sytuacją. Ash wysiadła z auta, ssąc lizaka. Serce szybko biło jej przez nagły stres.
- Ależ proszę pana, nic takiego się nie stało. Po za tym wydawało mi się, że się pan zatrzyma… - zaczął przystojny, ale tatuś mu przerwał.
- Wydawało ci się?! A wiesz, co MI się wydawało?! Gówno! Nieważne! Jak można być takim idiotą, żeby nie zauważyć samochodu! – wrzasnął kierowca, wymachując wskazującym palcem. Jego twarz ze złości zabarwiła się lekko na czerwono.
- Każdy ma do tego prawo! – zaczął się kłócić młodzieniec, który chyba także nie należał do najspokojniejszych. Ogólnie wyglądał niesamowicie. Jego odsłonięte ramię było wytatuowane, za uchem widniał papieros. Miał przydługie włosy i twarz, o której szybko się nie zapomina. W dodatku ten głos…
- Każdy ma do tego prawo?! Synku, nie żartuj sobie, nie złość mnie jeszcze bardziej, bo źle się to dla ciebie skończy. – podszedł bliżej chłopaka. Asheara nie chciała żadnych bójek, więc podbiegła bliżej.
- Tato, daj spokój. To też twoja wina. Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Wracajmy już do domu. – odezwała się. Od razu zwróciła uwagę nieznajomego. Spojrzeli sobie w oczy – zaledwie na parę krótkich sekund, ale tyle czasu wystarczyło, by na twarzy młodzieńca pojawiła się iskra i zainteresowanie. Dziewczyna tak strasznie spodobała mu się, jeszcze z tym lizakiem w dłoni. Uważał, że jest przepiękna i jeszcze nie mogła oderwać od niego oczu.
- Dobrze. Masz rację, Ashearo. Przepraszam, młodzieńcze. Ale nigdy więcej tak nie rób! Rozumiesz?! Może ci się nie poszczęścić. – odpowiedział nieco spokojniej Peter, przerywając krótką ciszę. Obydwoje spojrzeli na niego. Minę miał lekko naburmuszoną. Młody uśmiechnął się zadziornie i znów obrócił głowę w stronę dziewczyny.
- Mam na imię…
- Ashearo, idziemy do auta. Proszę bardzo, chodź ze mną. Czekam. – przerwał tata. Ona bez słowa i od razu odwróciła się i odbiegła do samochodu. Wsiadając znowu posłała mu spojrzenie, które tylko jeszcze bardziej rozgrzało jego wnętrze i nie pozwoliło zapomnieć o fiołkowych oczach. Silnik odpalił, chłopak cofnął się z jezdni, a auto przejechało tuż obok jego nosa. Obserwował, gdzie skręca. Znał imię dziewczyny. Pierwszy raz słyszał takowe – na pewno było rzadkie i piękne. Postanowił, że odszuka tą dziewczynę, cokolwiek by się nie zdarzyło. Coś niewidzialnego ciągnęło go w jej stronę. Sam nawet nie wiedział, co to takiego było.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

01. Let it be (prolog)

niedziela, 12.lutego.2012, 23:06

When I find myself in times of trouble
Mother Mary comes to me 
Speaking words of wisdom, let it be. ”


Łzy, które płynęły ciurkiem z oczu, moczyły obficie białą poduszkę w czerwone, maleńkie serca. Rozpacz i bezsilność była nie do zniesienia dla tak młodej dziewczyny. To była jedyna taka okazja, jedyna szansa. Kolejna próba przekonania rodziców, by pozwolili pójść Ashearze na koncert skończyła się wielką kłótnią. Ale to byli Beatlesi! Chłopcy z Liverpoolu znów przyjadą do Londynu na następny koncert, na który znów nie będzie mogła pójść. I tylko z zazdrością w oczach będzie słuchać swoich piszczących koleżanek, które będą opisywały, jak świetnie się czuły, kiedy Paul czy John puścili do nich oczko.


The Beatles byli furorą, a Asheara została poddana temu ogólnoświatowemu zachwytowi. Ich muzyka była obłędna i nowa, wprowadzała coś świeżego i wyzwalającego w nieco szare ulice miast. Dziewczyna dostała ich jedną płytę winylową i słuchała jej bez końca. Jej rodzina miała czasem dość, a ojciec niechętnie zgadzał się na naprawę gramofonu, który od czasu do czasu po prostu się psuł. Miała tą jedną, jedyną ukochaną płytę, dzięki której zapominała o całym Bożym świecie, ale jeżeli chodziło o koncerty – lepiej, żeby w ogóle o tym nie wspominała.


Rodzice mieli jeden ważny argument: jesteś za młoda. Zgubisz się, ktoś cię okradnie, porwie, nie daj Boże jeszcze zgwałci i ograbi. A ona tak szaleńczo kochała ten zespół! Wiele by oddała, by móc zobaczyć na żywo tą wspaniałą czwórkę. A szczególnie Paula…


Paul McCartney. Najsłodszy z nich wszystkich. Miała plakat z Beatlesami, a przy jego twarzy namalowała flamastrem serce. Była w nim zadurzona i uważała, że nie ma cudowniejszego chłopca niż on. Często wyobrażała sobie, że spotka go przypadkiem na ulicy, że zakochają się w sobie od pierwszego wejrzenia, że rodzice pozwolą na taki związek… A wtedy znów wracała myślami do rzeczywistości, która nie była tak łaskawa, jak marzenia.


Asheara przestała płakać. Wpatrywała się teraz lawendowymi oczami w widok za oknem. Była wiosna, ciepła i rozkoszna. Słoneczne promienie leniwie wlewały się do małego, ale uroczego pokoju szesnastoletniej dziewczyny, które teraz spokojnie leżała na schludnie pościelonym łóżku. Przewróciła się na plecy i utkwiła oczy w suficie. Była zmęczona proszeniem, krzykami i płaczem. Nie miała już sił, by to dalej ciągnąć. Uważała, że to bezcelowe. Ciężko westchnęła, z rezygnacją zamykając oczy. Musi być cierpliwa.  Postanowiła, że poczeka, aż los sam podsunie jej okazję, by mogła spotkać się z Chłopcami z Liverpoolu. Niech tak będzie.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Introduction

niedziela, 12.lutego.2012, 18:17
Witam,
oto kolejne opowiadanie założone na tym oto serwisie z blogami. Prawda jest taka, że przedwczoraj wpadłam na pomysł, żeby publikować opowiadanie o dość, moim zdaniem, banalnej tematyce, a mianowicie o miłości, rozkwitającej w szalonych latach sześćdziesiątych, w Anglii, wśród muzyki The Beatles. Podejrzewam, że znajdzie się garstka osób, która przejrzy tego bloga, a nawet i przeczyta jakiś kawałek opowiadania. Mam taką nadzieję, byłoby miło.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



Main site

Autorka

OC's

Podlinkuj

Księga gości

Past notes
2012
luty (4)
marzec (1)



Friends of mine




I made this layout and no one can copy it! Got it?